7 czerwca 1944 roku był pierwszym dniem, w którym siły alianckie i niemieckie starły się w sposób w pełni zorganizowany i zaplanowany. Sytuacja strategiczna dla aliantów pozostawała napięta – niemieckie jednostki pancerne rozpoczęły wreszcie marsz ku Normandii, zmierzając do przełamania alianckiego przyczółka. Mimo to inicjatywa operacyjna pozostawała po stronie sprzymierzonych. Marszałek polny Bernard Law Montgomery, dowodzący 21. Grupą Armii, już od wczesnych godzin porannych koncentrował siły do podjęcia decydujących działań ofensywnych – z jednej strony w kierunku Caen, z drugiej w stronę półwyspu Cotentin.

W godzinach wieczornych 6 czerwca, a następnie przez całą noc i kolejny dzień, dzięki determinacji marynarzy i żołnierzy oraz sprawnej organizacji działań logistycznych, na plaży „Sword” w rejonie Arromanches z powodzeniem kontynuowano desant kolejnych formacji. Lądowały tam znaczące siły pancerne oraz świeże oddziały piechoty, co pozwoliło wzmocnić rozwijający się przyczółek. W miarę upływu godzin potencjał bojowy aliantów systematycznie wzrastał, zapewniając im coraz większą przewagę w rejonie operacyjnym.

Zdobycie Caen – jednego z kluczowych celów operacyjnych 2. Armii gen. Milesa Dempseya – miało zasadnicze znaczenie dla realizacji głównych założeń planu „Overlord”. Miasto to, ze względu na swoje położenie geograficzne i funkcję jako strategicznego węzła drogowo-kolejowego, stanowiło bramę do centralnej Normandii. Przez Caen biegły główne szlaki komunikacyjne łączące rejon alianckiego desantu z kierunkami południowo-wschodnim i wschodnim, z których to spodziewano się głównego uderzenia niemieckich sił rezerwowych – zwłaszcza pancernych i zmotoryzowanych. Opanowanie tego ośrodka miało zatem kluczowe znaczenie zarówno dla zabezpieczenia przyczółków, jak i zakłócenia niemieckich działań kontruderzeniowych.

>>> Czytaj także: Przygotowania Aliantów do lądowania we Francji <<<

Zasadnicze siły niemieckie – w tym dywizje pancerne – zgrupowane były na północ od Sekwany, co zmuszało je do przemarszu w kierunku Caen, jeśli miały skutecznie zagrozić wojskom alianckim rozlokowanym w północnej części Normandii. Wobec tego alianci, mimo coraz silniejszego oporu wroga, kontynuowali natarcie w kierunku miasta, próbując przejąć inicjatywę strategiczną. Jednak już wkrótce sytuacja na froncie uległa stagnacji – doszło do zahamowania postępów i wyraźnego impasu. Pomimo początkowego sukcesu z 6 czerwca i skutecznego utworzenia przyczółków, wśród alianckich żołnierzy zaczęła szerzyć się dezinformacja i niepokój. Krążyły plotki o rzekomych przełamaniach obrony przez niemieckie oddziały, obecności czołgów „Tygrys”, rozbiciu 4. Dywizji Piechoty USA czy o ogólnym niepowodzeniu inwazji. Choć informacje te były bezpodstawne, ich psychologiczny efekt był znaczący i działał na korzyść strony niemieckiej.

Na pogorszenie nastrojów wpływały również wysokie straty poniesione w pierwszym dniu operacji, szacowane na około 10 tysięcy żołnierzy, co nie pozostawało bez wpływu na morale szeregowych uczestników walk. Do końca dnia 7 czerwca alianci nie osiągnęli większych zdobyczy terytorialnych, choć ich potencjał bojowy systematycznie rósł. Tego dnia na wybrzeżu Normandii znajdowało się już ponad 260 tysięcy alianckich żołnierzy, wspieranych przez znaczne siły pancerne – głównie amerykańskie czołgi „Sherman”, w tym kilkanaście egzemplarzy brytyjskich „Shermanów Firefly”, uzbrojonych w skuteczne armaty kal. 17 funtów, zdolne do niszczenia niemieckich pojazdów pancernych na dystansie nawet kilometra.

Brytyjscy żołnierze na plaży "Sword" przygotowują teren pod wprowadzenie dodatkowych sił | Źródło: Wikimedia Commons (domena publiczna)
Brytyjscy żołnierze na plaży „Sword” przygotowują teren pod wprowadzenie dodatkowych sił | Źródło: Wikimedia Commons (domena publiczna)

Mimo przewagi liczebnej i technicznej, siły sprzymierzonych nie zdołały utrzymać tempa natarcia z dnia inwazji. Szczególnie trudnym przeciwnikiem okazał się… teren. Żołnierze amerykańscy, wspierani przez cztery bataliony pancerne, natrafili na przeszkody niemal nie do pokonania – podmokły grunt oraz gęstą sieć żywopłotów, charakterystycznych dla normandzkiego krajobrazu. Tzw. bocage – sięgające nawet 2,5 metra wysokości wały ziemne porośnięte zaroślami i drzewami – powstały jeszcze w czasach starożytnych jako naturalne ogrodzenia pól i granice własności. Ich struktura, wzmocniona przez rozległy system rowów odwadniających, czyniła z każdego pola prawdziwą twierdzę. Poruszanie się w takim terenie przypominało walkę w labiryncie – oddziały traciły orientację po kilku minutach ataku, a natarcia szybko traciły impet. Wzdłuż zagłębionych dróg krzewy często przekraczały wysokość człowieka, co sprawiało, że żołnierze mieli wrażenie, jakby zamknięto ich w zielonym okopie. Obecność niemieckich pól minowych tylko pogarszała sytuację. Generał Omar Bradley wspominał później: „Nawet w Tunezji nie zetknęliśmy się z terenem obronnym tak wyczerpującym”. Teren Normandii stał się zatem nie tylko naturalną przeszkodą, ale również sprzymierzeńcem niemieckich obrońców, spowalniając postępy aliantów i zamieniając ofensywę w żmudną walkę pozycyjną.

Generał Collins, dowódca VII Korpusu Armii Stanów Zjednoczonych, podzielał negatywną ocenę warunków terenowych w Normandii. W swoich wspomnieniach określił tutejsze bocage jako „niemniej niebezpieczne niż dżungla na Guadalcanal”, co jednoznacznie ukazuje skalę trudności, z jakimi musiały mierzyć się alianckie jednostki. Normandzkie żywopłoty – z perspektywy zarówno piechoty, jak i broni pancernej – stanowiły istną naturalną pułapkę, zamieniając pola bitew w „zielone piekło”.

>>> Czytaj także: D-Day – lądowanie Aliantów we Francji. Największa operacja desantowa II wojny światowej <<<

Dla czołgów teren okazał się szczególnie problematyczny. Gęste zarośla i wąskie drogi, otoczone wysokimi wałami ziemnymi, uniemożliwiały swobodne manewrowanie pojazdami pancernymi, często wręcz uniemożliwiając obrót wieży czołgu. Widoczność była silnie ograniczona, co znacznie utrudniało prowadzenie ognia na dalsze dystanse. Niemcy, szybko adaptując się do warunków pola walki, zorganizowali swoje stanowiska ogniowe na dominujących wysokościach, skąd prowadzili ogień z dział przeciwpancernych i czołgów. Stamtąd mieli znakomitą widoczność i mogli razić alianckie pojazdy, które – pozbawione możliwości manewru – stawały się łatwym celem.

Alianckie oddziały próbowały zjeżdżać z głównych dróg, aby uniknąć przewidywalnych tras natarcia, jednak i tam natrafiały na nieprzystępny teren oraz przeszkody w postaci żywopłotów. Z kolei niemiecka ręczna broń przeciwpancerna – w tym powszechnie używane Panzerfausty – okazała się wyjątkowo skuteczna w zwalczaniu czołgów w warunkach bliskiego kontaktu bojowego. Dodatkową trudnością było forsowanie żywopłotów: czołgi, usiłując przejechać przez nie frontalnie, często zawieszały się na wałach, wystawiając dolną, słabo opancerzoną część kadłuba na bezpośredni ostrzał. Zawieszone na ziemnych przeszkodach pojazdy, z lufami dział i karabinów skierowanymi ku niebu, stawały się łatwym łupem dla niemieckich obrońców.

Nieco bardziej sprzyjające warunki panowały na południowym odcinku frontu, gdzie operowała 2. Armia brytyjska. Chociaż teren nadal był trudny – pofałdowany i poprzecinany niewielkimi miejscowościami – umożliwiał w większym stopniu wykorzystanie artylerii, broni pancernej oraz wsparcia lotniczego. Obszar ten, rozciągający się aż do rejonu Falaise, był jednak zdominowany przez wzgórza, które należało oczyścić z sił niemieckich, by móc wyprowadzić skuteczne natarcie w kierunku otwartych przestrzeni na południe od Caen.

Amerykańscy żołnierze kryją się za normandzkimi żywopłotami (bocage) | Źródło: US Army (domena publiczna)
Amerykańscy żołnierze kryją się za normandzkimi żywopłotami (bocage) | Źródło: US Army (domena publiczna)

Pomimo intensywnych działań ofensywnych, siły brytyjsko-kanadyjskie – mimo znaczącego wsparcia ze strony aż czterech brygad pancernych (w tym 2. Brygady Pancernej Kanadyjskiej, elementów 79. Dywizji Pancernej gen. Percy’ego Hobarta, oraz 4., 8. i 27. Brygady Pancernej) – nie zdołały zdobyć Caen w pierwszych dniach operacji. Piechota wspierana była również przez intensywny ogień artylerii lądowej i okrętowej, jednak miasto pozostawało nadal w rękach niemieckich, a jego obrona była systematycznie wzmacniana przez napływające odwody Wehrmachtu. Walki o Caen przerodziły się w długotrwałą i kosztowną batalię, której rozstrzygnięcie miało fundamentalne znaczenie dla całej kampanii normandzkiej.

Niemiecka odpowiedz na inwazję

W tym samym czasie sytuacja strategiczna po stronie niemieckiej również daleka była od stabilnej. Dowództwo III Rzeszy, mimo że wciąż przekonane, iż inwazja w Normandii miała charakter pomocniczy względem spodziewanego głównego desantu w rejonie Pas-de-Calais, szybko zdało sobie sprawę ze znaczenia operacyjnego Caen. Już 7 czerwca 1944 roku feldmarszałek Erwin Rommel, dowódca Grupy Armii „B”, odbył naradę w swojej kwaterze z generałem Geyrem von Schweppenburgiem, dowódcą Panzergruppe „West”. Rommel wciąż żywił nadzieję, że możliwe będzie zepchnięcie aliantów z powrotem do morza, tym bardziej że pierwsze doniesienia mówiły o słabości sił inwazyjnych oraz ich niezdolności do opanowania portów.

W wyniku tego optymizmu Rommel wydał rozkaz przeprowadzenia natychmiastowego kontrataku z udziałem jednostek pancernych: 12. Dywizji Pancernej SS „Hitlerjugend”, elitarnej Dywizji Pancernej „Panzer Lehr” oraz wspierającej je 21. Dywizji Pancernej. Wszystkie te jednostki były podległe I. Korpusowi Pancernemu SS dowodzonemu przez SS-Oberstgruppenführera Josefa „Seppa” Dietricha. Poza 21. Dywizją Pancerną, której część była już w Normandii, pozostałe jednostki rozpoczęły marsz dopiero w późnych godzinach popołudniowych 6 czerwca. Do świtu 7 czerwca zdołały one przebyć około 60 kilometrów, jednak już od wczesnych godzin porannych padły ofiarą zmasowanych ataków alianckiego lotnictwa, które znacząco ograniczyły ich mobilność oraz spowodowały poważne straty.

>>> Czytaj także: Krótka historia II wojny światowej <<<

Tempo marszu niemieckich kolumn spadło do około 3 kilometrów na godzinę. Ostatecznie pierwsze oddziały pancerne dotarły w rejon Caen dopiero około południa 7 czerwca, co dało aliantom czas na konsolidację pozycji i przygotowanie skutecznej obrony. Dywizja „Panzer Lehr” była szczególnie narażona na ataki z powietrza. Jej dowódca, generał Fritz Bayerlein, relacjonował: „Do południa zrobiło się okropnie; każdy pojazd był okryty gałęziami; poruszały się wzdłuż żywopłotów i na pograniczu lasów. Na skrzyżowania dróg spadały bomby, przez mosty nie można było przejechać. Do końca dnia straciłem czterdzieści cystern z paliwem i dziewięćdziesiąt innych pojazdów. Miałem pięć czołgów niezdolnych do walki i unieruchomione osiemdziesiąt cztery pojazdy kołowo-gąsienicowe, ciągniki i działa samobieżne”.

12. Dywizja Pancerna SS „Hitlerjugend” również poniosła znaczące straty w wyniku alianckiej dominacji w powietrzu. 21. Dywizja Pancerna, mimo że była już obecna w rejonie operacyjnym, została tak poważnie osłabiona w początkowych walkach, że nie była zdolna do przeprowadzenia ofensywy. Raporty napływające do niemieckiego dowództwa jasno wskazywały, że jednostki Wehrmachtu nie są w stanie przełamać alianckiego frontu bez znacznego wzmocnienia. Niżsi oficerowie raportowali, iż do skutecznego kontrataku potrzeba byłoby przynajmniej trzech pełnych dywizji pancernych. Mimo to dowódca I. Korpusu Pancernego SS zdecydował się przeprowadzić atak.

Dwaj żołnierze 25. pułku grenadierów pancernych wchodzącego w skład 12. dywizji pancernej SS "Hitlerjugend" z karabinem maszynowym MG-42 w czasie walk w Normandii | Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-371 (domena publiczna)
Dwaj żołnierze 25. pułku grenadierów pancernych wchodzącego w skład 12. dywizji pancernej SS „Hitlerjugend” z karabinem maszynowym MG-42 w czasie walk w Normandii | Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-371 (domena publiczna)

Uderzenie miało zostać skierowane z rejonu Caen w stronę Lion-sur-Mer, na sektor plaży „Juno”. Operacja zakończyła się klęską: niemieckie czołgi zostały rozbite, a alianckie linie obronne pozostały nienaruszone. Był to dopiero drugi dzień inwazji, a Niemcy nie spodziewali się jeszcze, jak ciężkie walki czekają ich w nadchodzących tygodniach.

Niemieckie dowództwo nie zwlekało jednak z kolejnymi próbami ofensywy. Zdajac sobie sprawę, że czas działa na korzyść aliantów, podjęto decyzję o ponownym ataku – tym razem nocą z 7 na 8 czerwca. Celem były pozycje brytyjskiej 50. Dywizji Piechoty broniącej dostępu do plaży „Gold”. W ataku uczestniczyło około 40 czołgów, w tym 25 typu Panther, jednak także i ten atak zakończył się niepowodzeniem, mimo dużych strat po obu stronach. Jednostki alianckie – w tym kanadyjska 3. Dywizja Piechoty i brytyjska 50. Dywizja Piechoty – skutecznie odparły natarcie dzięki dobrze przygotowanym pozycjom ogniowym w żywopłotach oraz intensywnemu ostrzałowi artyleryjskiemu.

Chociaż na krótki czas linia frontu ustabilizowała się, już w południe 9 czerwca doszło do kolejnego niemieckiego natarcia. Tym razem celem był rejon miejscowości Norrey, a główną siłę uderzeniową stanowiły czołgi Panther dowodzone przez SS-Obersturmführera Rudolfa von Ribbentropa, syna ministra spraw zagranicznych III Rzeszy. Niemieckie wozy napotkały jednak na stanowczy opór kanadyjskiej 2. Brygady Pancernej, wyposażonej m.in. w czołgi Sherman Firefly z armatą 17-funtową. W starciu tym Kanadyjczycy odnieśli znaczące zwycięstwo. Jak wspominał major Tweedale, dowódca jednego z plutonów czołgów: „Nasze dziewięć Shermanów zniszczyło siedem Panther w ciągu czterech minut z odległości około 1000 metrów. Mój działonowy, Bennett, rozbił Pantherę z odległości 850 metrów pierwszym strzałem, jego drugi pocisk chybił celu, ale trafił w inną… Pantherę, zrywając jej wieżę. Każda z trafionych Panther została podziurawiona niczym sito”.

>>> Czytaj także: Mauser Kar98k – podstawowy karabinek Wehrmachtu <<<

Klęska niemieckiego natarcia pod Norrey była efektem złego przygotowania ataku – przeprowadzonego bez wsparcia artylerii i odpowiedniego rozpoznania. Jednocześnie potwierdzono skuteczność Shermanów Firefly, które dzięki silnemu uzbrojeniu, dużej mobilności, niezawodności technicznej oraz systemowi stabilizacji działa, stanowiły równorzędnego przeciwnika nawet dla Panther. Mimo tych zalet, Shermany – zwłaszcza w działaniach ofensywnych – były narażone na zniszczenie z uwagi na wysoki profil i umiarkowany pancerz, co czyniło je równie wrażliwymi na ostrzał, jak niemieckie czołgi pod Norrey.

Pomimo intensywności niemieckich ataków w dniach 7–9 czerwca, aliancka 2. Armia brytyjska zdołała odeprzeć wszystkie uderzenia i ustabilizować front. Niemniej główny cel operacji – zdobycie Caen – nadal pozostawał nieosiągnięty. Miasto, które zgodnie z planem miało zostać opanowane już 6 czerwca, wciąż pozostawało w rękach Wehrmachtu, zapowiadając dalsze, krwawe walki o kluczowy węzeł komunikacyjny w Normandii.

Brytyjscy żołnierze maszerują drogą pomiędzy żywopłotami | Źródło: Wikimedia Commons (domena publiczna)
Brytyjscy żołnierze maszerują drogą pomiędzy żywopłotami | Źródło: Wikimedia Commons (domena publiczna)

W czasie gdy brytyjska 2. Armia toczyła zacięte walki o Caen, amerykańska 1. Armia pod dowództwem generała Omara Bradleya prowadziła działania ofensywne w głąb półwyspu Cotentin. Główne natarcie koncentrowało się jednak na rejonie Carentan, gdzie siły amerykańskie – w szczególności 101. Dywizja Powietrznodesantowa nacierająca z rejonu plaży Utah oraz 2. Dywizja Pancerna, wyładowana na plaży Omaha – dążyły do połączenia przyczółków utworzonych podczas lądowania. Skala zaangażowanych sił była znacząco mniejsza niż na odcinku brytyjskim, lecz operacja miała kluczowe znaczenie operacyjne.

Charakterystyka terenu i specyfika niemieckiej obrony sprawiły, że walki w Normandii na odcinku amerykańskim przybrały zupełnie inny przebieg niż w sektorze brytyjskim. Główne trudności napotkane przez wojska amerykańskie nie wynikały z obecności niemieckich sił pancernych – te były nieliczne i przeważnie składały się z przestarzałych pojazdów zdobytych jeszcze w kampanii francuskiej 1940 roku – lecz z doskonale zamaskowanych oddziałów niemieckiej piechoty i grenadierów. Ukryci w gęstych żywopłotach, niemieccy żołnierze skutecznie prowadzili działania obronne, organizując zasadzki i ostrzeliwując nacierających Amerykanów w momentach, gdy ci zmuszeni byli przemieszczać się odkrytym terenem między kolejnymi bocage.

Poważnym zagrożeniem były również snajperzy, umieszczani za żywopłotami oraz niemieckie pola minowe, skutecznie dezorganizujące postęp natarcia. Choć siły amerykańskie posiadały przygniatającą przewagę w broni pancernej, czołgi typu M4 Sherman były podatne na ataki z bliska za pomocą panzerfaustów. Niemieccy piechurzy, korzystając z dogodnej osłony terenu, byli w stanie zbliżać się do pojazdów i niszczyć je przy użyciu tych skutecznych granatników przeciwpancernych.

>>> Czytaj także: Tyneham i Imber: brytyjskie wioski duchów. Kulisy przygotowań do D-Day <<<

Wspomnienia żołnierzy ilustrują brutalny charakter tych działań. Jeden z anonimowych amerykańskich żołnierzy walczących w rejonie Caumont opisywał sytuację następująco: „Wystarczy sięgnąć przez krzaki, żeby przesunąć bezpiecznik w ich Spandauach”. Walki w bocage były prowadzone z bliskiej odległości, niemal partyzanckie w charakterze, a straty wśród amerykańskich żołnierzy, szczególnie kadry oficerskiej, były bardzo wysokie.

Obraz tych zmagań doskonale oddaje relacja porucznika Sidneya Eichena z 120. Pułku Piechoty (30. Dywizja Piechoty), który po przybyciu na front spotkał weteranów z 82. Dywizji Powietrznodesantowej. „Zapytaliśmy ich: Gdzie są wasi oficerowie? Odpowiedzieli: Wszyscy nie żyją. Pytamy dalej: Kto wami teraz dowodzi? Na co jeden sierżant wystąpił i powiedział: Ja”. Eichen wspomina, jak uderzył go widok tego wyczerpanego, brudnego, nieogolonego żołnierza o przekrwionych oczach, który ledwo utrzymywał się na nogach. Zastanawiał się, czy po kilku dniach walk jego oddział również będzie tak wyglądał.

Z czasem zabroniono nawet prowadzenia rozpoznania przez pojedyncze patrole, ponieważ za każdym żywopłotem mogła czaić się śmierć. Każde pole, każdy zagajnik musiał być zdobywany poprzez frontalny atak z udziałem większych sił. Walki prowadzono o każdy fragment terenu, a ich intensywność i brutalność dobrze ilustrują wspomnienia szeregowego Arthura „Dutch” Schulza z 505. Pułku Spadochronowego (82. DPD), który relacjonował wydarzenia z 9 czerwca pod Montebourgiem: „Przebiegłem obok rannego niemieckiego żołnierza leżącego przy żywopłocie. Był bardzo przerażony i wołał o pomoc. Przystanąłem i odwróciłem się. Mój przyjaciel podszedł, przyłożył lufę karabinu do jego czoła i pociągnął za spust. Nawet nie mrugnął okiem”.

Zniszczony brytyjski czołg Cromwell w Villers-Bocage | Źródło: Bundesarchiv, Bild 101I-494-3376-18A / Zwirner / CC-BY-SA 3.0
Zniszczony brytyjski czołg Cromwell w Villers-Bocage | Źródło: Bundesarchiv, Bild 101I-494-3376-18A / Zwirner / CC-BY-SA 3.0

Pomimo niezwykle trudnych warunków terenowych oraz silnego i zdeterminowanego oporu przeciwnika, amerykańscy dowódcy kontynuowali natarcie. Celem strategicznym była kontrola nad portem morskim umożliwiającym rozładunek dużych konwojów zaopatrzeniowych – co mogłoby w znacznym stopniu usprawnić aliantom logistykę oraz dostawy dla całego frontu zachodniego. Determinacja, liczebna przewaga i skuteczne wsparcie ogniowe sprawiły, że mimo strat i zaciekłego oporu, postępy Amerykanów były konsekwentne i systematyczne.

Działania lotnicze sił alianckich po zakończeniu operacji „Neptun” przebiegały bez istotnych zakłóceń. Na nowo zdobytych terenach w Normandii alianckie jednostki inżynieryjne przystąpiły do intensywnej rozbudowy infrastruktury lotniskowej, tworząc sieć lotnisk polowych umożliwiających skuteczne operowanie zarówno lotnictwu strategicznemu, jak i taktycznemu. Współpraca lotnictwa z wojskami lądowymi osiągnęła wysoki stopień koordynacji – maszyny szturmowe i bombowe udzielały nieprzerwanego wsparcia jednostkom walczącym na froncie, skutecznie ograniczając mobilność i zdolność koncentracji niemieckich oddziałów.

>>> Czytaj także: Bitwa pod Zboiskami – ostatnie zwycięstwo „czarnych diabłów” płk. Maczka <<<

Na długo przed rozpoczęciem właściwego desantu, alianci przeprowadzili systematyczną kampanię powietrzną, której celem było sparaliżowanie niemieckiego systemu transportowego oraz odcięcie jednostek Wehrmachtu stacjonujących poza Normandią od możliwości szybkiego przerzutu. Skutki tych działań okazały się długofalowe – zniszczenia infrastruktury kolejowej, dróg oraz magazynów zaopatrzeniowych w regionie Pas-de-Calais i północnej Francji znacznie opóźniły ruch wojsk niemieckich w kierunku rejonu inwazji. Przykładem tego opóźnienia jest przypadek elitarnej dywizji Panzer Lehr, która – osłabiona nalotami i trudnościami logistycznymi – dotarła w rejon Caen dopiero 9 czerwca 1944 roku, czyli trzy dni po rozpoczęciu operacji „Overlord”.

Pomimo strat, Panzer Lehr nadal przedstawiała znaczną wartość bojową. Podjęta przez nią kontrofensywa, podobnie jak wcześniejsze próby przełamania frontu przez siły niemieckie, zakończyła się jednak niepowodzeniem. Czołgi i piechota zgrupowania pod dowództwem gen. Fritza Bayerleina zbliżyły się do pozycji alianckich w okolicach Ellon i Norrey, gdzie natrafiły na przygotowaną obronę brytyjskiej 56. Brygady Piechoty. Wybuchły zacięte walki pozycyjne.

Przebieg kontrataku pod Norrey opisał później w swoich wspomnieniach sierżant Morawetz z 3. Kompanii Pancernej SS, 12. Dywizji Pancernej SS „Hitlerjugend”: „W powietrzu nie było niemal żadnych alianckich samolotów, co wcześniej po południu było normą. Poruszaliśmy się zwartym szykiem na otwartym terenie – łąkach i polach. W pewnym momencie nastąpiła eksplozja – jakby urwała się gąsienica. Nagle z naszego włazu buchnęły płomienie. Czołg stojący obok stracił wieżę. W moim pojeździe zaczęło się palić, a kanonier Paul Veith, siedzący naprzeciwko mnie, nie dawał oznak życia. Gdy opuściłem czołg, zobaczyłem kolejne płonące maszyny i poparzonych członków załóg. Cały teren znalazł się pod ciężkim ostrzałem brytyjskiej piechoty.”

Czołgi Panzer IV należące do 12. Dywizji Pancernej SS „Hitlerjugend” | Źródło: Bundesarchiv, Bild 101I-297-1740-19A / Kurth / CC-BY-SA 3.0
Czołgi Panzer IV należące do 12. Dywizji Pancernej SS „Hitlerjugend” | Źródło: Bundesarchiv, Bild 101I-297-1740-19A / Kurth / CC-BY-SA 3.0

Pomimo poniesienia znacznych strat osobowych i sprzętowych, oddziały niemieckie zdołały przejściowo opanować Ellon. Sukces ten okazał się jednak krótkotrwały – wkrótce Niemcy zostali poddani silnemu ostrzałowi artyleryjskiemu, po czym brytyjskie siły lądowe, wspierane przez 8. Brygadę Pancerną, przystąpiły do kontrnatarcia. W odpowiedzi Niemcy zaangażowali w rejon walk większość sił dywizji Panzer Lehr oraz dodatkowe oddziały grenadierów pancernych, co doprowadziło do eskalacji walk o Ellon i jego okolice.

W tym dniu po raz pierwszy wszystkie trzy dywizje podległe gen. Seppowi Dietrichowi – w tym 12. Dywizja Pancerna SS – zaangażowały się w pełnoskalowe działania ofensywne, wykorzystując większość dostępnych środków, w tym siły pancerne. Mimo iż udało się utrzymać kontrolę nad miasteczkiem, skala strat, intensywność ognia artyleryjskiego oraz determinacja brytyjskich oddziałów wskazywały na zbliżającą się wielką ofensywę aliancką, wspieraną przez nieustannie rosnące siły zasilające front przez przyczółki desantowe.

Walki o Ellon ukazały krytyczne osłabienie potencjału niemieckich jednostek pancernych. Straty nie były rekompensowane przez adekwatne uzupełnienia, co w dłuższej perspektywie skazywało niemiecką obronę na stopniową erozję w obliczu wzrastającej presji ze strony aliantów.